Translate
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Graz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Graz. Pokaż wszystkie posty
2014/07/03
Rozsmakować się...
2014/06/12
koniec pewnej epoki
Jakie to szczęście, że lubię piec, bo bym chyba oszalała przez te ostatnie 3 lata przedszkolnego żywota naszego. W naszym przedszkolu bowiem każda impreza wiąże się z przymusowym pospolitym ruszeniem rodziców - pojawia się lista na której nieszczęśnicy muszą zadeklarować rodzaj daniny składanej na wspólnym biesiadnym stole. Zazwyczaj są to ciasta choć można zrobić także 1000 i 1 kanapek. Wiaderka sałatek dostarczają wychowawczynie grup przedszkolnych - ich także nie obejmuje taryfa ulgowa.
Dekoracjami oraz częścią artystyczną zajmują się dziatki (pilnie tresowane przez Panie w tańcu, śpiewie i robótkach ręcznych grubo na miesiąc przed imprezą).
Coś się kończy, coś zaczyna. Od września Młody pójdzie do szkoły jak wszystkie 6latki w Austrii. Koniec dolce vita przedszkolnego żywota.
Mam choć nadzieję, że imprezy szkolne nie będą wymagały takiej aktywności cukierniczej jak dotychczas.
2014/05/22
2014/01/31
mantra...
2014/01/20
Nowe przyszło...
Początek roku niesie ze sobą nadzieje, że będzie lepiej, bo nie da się ukryć, iż w zeszłym było zdecydowanie do d... Szczególnie druga połowa 2013go to była katastrofa. Było, minęło. Oby nie wróciło.
Narazie mamy najdziwniejszą od 6ciu lat zimę w Graz: ani razu nie spadł śnieg, temperatury dochodzą do 16 stopni w dzień, na drzewach pojawiły się pąki a sikorki wyśpiewują miłosne trele już od połowy listopada. Oby nie przyszła nagle mroźna zima, bo drzew szkoda, zmarzną biedaczyska.
Pozostaje pomarzyć o śniegu, takim puszystym i białym w którym można brodzić po kolana, cicho opadającym na ziemię z gęstych szarawych chmur...
Narazie mamy najdziwniejszą od 6ciu lat zimę w Graz: ani razu nie spadł śnieg, temperatury dochodzą do 16 stopni w dzień, na drzewach pojawiły się pąki a sikorki wyśpiewują miłosne trele już od połowy listopada. Oby nie przyszła nagle mroźna zima, bo drzew szkoda, zmarzną biedaczyska.
Pozostaje pomarzyć o śniegu, takim puszystym i białym w którym można brodzić po kolana, cicho opadającym na ziemię z gęstych szarawych chmur...
2013/12/05
projekt365: Gruss vom Krampus!
Pozdrowienia od Krampusa!
Dziś jest ich wieczór, powinny paradować środkiem głównej ulicy w mieście a potem rozleżć się po domach w poszukiwaniu niegrzecznych dzieci dużych i małych aby solidnie im wygarbować skórę i obdarować rózgą lub bryłą węgla.
Krampus jaki jest każdy widzi, choć na pierwszy rzut oka możnaby go w diabłem pomylić. Nie, to poczciwy alpejski demon, znany w Bawarii, Tyrolu, Austrii, Czechach, Słowenii, Chorwacji, włoskiej Fruli i na Węgrzech czyli wszędzie tam gdzie są Alpy lub sęgała kiedyś zwieszchność Austro-Węgier.
Krampusy występuja w kolorach brązowym, czarnym lub szarym podobnie jak kozły z którymi są daleko spokrewnione, futro mają długie, gęste i potargane. Na łbach noszą imponujące rogi, czasem sterczące prosto a czasem fantazyjnie zakręcone, przypominające rogi górskich kozic.
Nieodłącznymi atrybutami Krampusa są łańcuch, powrozy lub rózgi do smagania niegrzecznych dzieci i kosz na węgiel (gdy dziecko jest naprawdę niegrzeczne, Krampus wsadza je sobie do tego kosza i zabiera ze sobą by je zjeść lub odtranspotrować do piekła).
W niektórych rejonach Krampusy się "wyemancypowały" i nie chodzą już grzecznie za Św. Mikołajem lecz organizują własne przemarsze zwane Krampusnacht odbywające się zawsze w wieczór 5go grudnia.
A kto dziś przyjdzie do Ciebie? Krampus z rózgą czy Święty Mikołaj ze smakołykiem?
Dziś jest ich wieczór, powinny paradować środkiem głównej ulicy w mieście a potem rozleżć się po domach w poszukiwaniu niegrzecznych dzieci dużych i małych aby solidnie im wygarbować skórę i obdarować rózgą lub bryłą węgla.
![]() |
| źródło |
Krampus jaki jest każdy widzi, choć na pierwszy rzut oka możnaby go w diabłem pomylić. Nie, to poczciwy alpejski demon, znany w Bawarii, Tyrolu, Austrii, Czechach, Słowenii, Chorwacji, włoskiej Fruli i na Węgrzech czyli wszędzie tam gdzie są Alpy lub sęgała kiedyś zwieszchność Austro-Węgier.
Krampusy występuja w kolorach brązowym, czarnym lub szarym podobnie jak kozły z którymi są daleko spokrewnione, futro mają długie, gęste i potargane. Na łbach noszą imponujące rogi, czasem sterczące prosto a czasem fantazyjnie zakręcone, przypominające rogi górskich kozic.
Nieodłącznymi atrybutami Krampusa są łańcuch, powrozy lub rózgi do smagania niegrzecznych dzieci i kosz na węgiel (gdy dziecko jest naprawdę niegrzeczne, Krampus wsadza je sobie do tego kosza i zabiera ze sobą by je zjeść lub odtranspotrować do piekła).
W niektórych rejonach Krampusy się "wyemancypowały" i nie chodzą już grzecznie za Św. Mikołajem lecz organizują własne przemarsze zwane Krampusnacht odbywające się zawsze w wieczór 5go grudnia.
A kto dziś przyjdzie do Ciebie? Krampus z rózgą czy Święty Mikołaj ze smakołykiem?
2013/11/06
projekt365: Dzień Dobbbrrrrrrrrrrrrrr... (312ty)
Listopad się nam pokazał ze swej lepszej strony (zimno ale nie pada).
Mgła nad cmentarzem biała jak prześcieradło ducha.
2013/10/29
projekt365: szlajamy się (285 - 304)
Szybko, szybko zanim zniknie... łapiemy promyki słońca, szpileczki ciepła i staramy się aby jak najwięcej czasu spędzić w plenerze. Już dawno się tak nie "wywczasowaliśmy" jak w ostatnim czasie. Dwa weekendy z rzędu poza domem, no sukces jak cholera...
Dwa tygodnie temu "zaatakowaliśmy" lokalny "ośmiotysięcznik" czyli Annaberg, około 700-metrowe wzgórze na pn. Grazu. Celem głównym był znajdujący się na jego czubku zamek a właściwie ruiny zamku Goesting. Trasa na szczyt wiodła krętą, stromą ścieżką wśród wielobarwnych o tej porze roku buków, klonów i dzikich wiśni. Uzbrojeni w trekki i wałówkę ruszyliśmy w drogę, obawiając się trochę jak Tomek poradzi sobie ze szlakiem który musiał pokonać od początku do końca na własnych nogach. Dzwiganie 21 kg kloca nie wchodziło w grę...
Ha, ha, ha, święta naiwnośći!!! Nie dość, że dziecko pierwsze osiągnęło szczyt to jeszcze dokonało tego wylewając z siebie nieustanny potok słów bez śladu zadyszki. Młodość jest piękna... ech. Zamek został powitany chórem achów i ochów po czym nastąpił program obowiązkowy czyli: "jeśćpićsikać".
Następnie przeszliśmy do zwiedzania. My udaliśmy się w kierunku Kaplicy Św. Anny i wieży widokowej, dziecko zaś w kierunku knajpy na wursta i colę. Po trwających kilka minut twardych negocjacjach udało się nam naprowadzić syna na właściwą drogę. Galopem pokonał kręte i ciemne korytarze, zwiedził kaplicę po czym udał się na wieżę pokonując (nadal galopem) kilkadziesiąt pieruńsko stromych i wyszczerbionych drewnianych schodów. W podobnym tempie obejżał panoramę Grazu, majaczące na horyzoncie Alpy, wielobarwne jesienne lasy i zszedł na dół baszty. Ja za nim. Zeszłam, trochę na zawał, trochę na łeb na szyję.
Zamek od naszej ostatniej wizyty nie zmienił się prawie nic. Gdybyśmy nie wiedzieli, że obiekt ma właściciela to pomyślelibyśmy, że to bezpańska ruina. Trawa i krzaki zarastają dziedzińce, bluszcz niszczy elewacje, w zeszłym roku ktoś ukradł z niezabezpieczonej kaplicy krucyfiks. Jedynie ludzie prowadzący wyszynk jakoś dbają o swój kawałek baszty i muru zamkowego.
Generalnie zamek miał pecha do właścicieli. W całej swojej blisko tysiącletniej historii albo panowie na włościach nie mieli na niego pomysłu albo mieli pomysł ale czasu zabrakło bo się im zmarło. W XVI wieku z ważnej warowni broniącej granic Styrii przed Turkami i Węgrami zamek przekształcono w składnicę prochu (po pożarze Na Wzgórzu Zamkowym 1680 roku stwierdzono, że warto wybuchowe materiały wynieść poza mury masta). Potem było już tylko gorzej - zamczyska stały się "demode" więc arystokracja wyniosła się do pałaców. 10 lipca 1723 roku dopełnił się los średniowiecznej warowni - błyskawica trafiła w basztę prochową a siła eksplozji i pożar zmiotły ze szczytu wzgórza prawie cały zamek (ocalała jedynie Kaplica Św. Anny i donżon). Ostatni mieszkańcy opuścili Burg Goesting w 1790 roku i przenieśli się do rokokowego pałacu u podnóża wzgórza. Obrucony w ruinę zamek dewastowali kolejno poszukiwacze skarbów , siły natury oraz inżynierowie i architekci rozbudowujący w linię kolejową biegnącą doliną Mury. Do 1874 roku rozsypało się to co pozostało jeszcze z warowni.
Duch romantyzmu z modą na piesze wycieczki, ponure ruiny i malownicze krajobrazy który uratował tyle innych średniowiecznych zamków nie okazał się łaskawy dla Goesting. Aż do 1925 roku projekt odbudowy ruin pozostawał jedynie mżonką, zmieniło się to dzięki grupie zapaleńców z Fundacji Odbudowy Zamku. Wykupili oni na własność działkę z pozostałościami zamku i zabrali się za jego odbudowę. W kwietniu 1945 roku Burg Goesting stał się znów silnie uzbrojoną wartownią obsadzoną tym razem nie przez dzielnych rycerzy w lśniących zbrojach lecz przez Volkssturm. Miesiąc później Armia Czerwona zdobyła zamek a wybuch amunicji ponownie go zmiótł z powieszchni ziemi.
Patrząc na historię warowni to cud, że cokolwiek dziś jest do zwiedzania. A w piękne, słoneczne weekendy na Wzgórze Św. Anny i zamek Goesting płynie nieprzerwany strumień zwiedzających: emerytów, zakochanych, rodziców, przyjaciół, narzeczonych, znajomych.
Dwa tygodnie temu "zaatakowaliśmy" lokalny "ośmiotysięcznik" czyli Annaberg, około 700-metrowe wzgórze na pn. Grazu. Celem głównym był znajdujący się na jego czubku zamek a właściwie ruiny zamku Goesting. Trasa na szczyt wiodła krętą, stromą ścieżką wśród wielobarwnych o tej porze roku buków, klonów i dzikich wiśni. Uzbrojeni w trekki i wałówkę ruszyliśmy w drogę, obawiając się trochę jak Tomek poradzi sobie ze szlakiem który musiał pokonać od początku do końca na własnych nogach. Dzwiganie 21 kg kloca nie wchodziło w grę...
Ha, ha, ha, święta naiwnośći!!! Nie dość, że dziecko pierwsze osiągnęło szczyt to jeszcze dokonało tego wylewając z siebie nieustanny potok słów bez śladu zadyszki. Młodość jest piękna... ech. Zamek został powitany chórem achów i ochów po czym nastąpił program obowiązkowy czyli: "jeśćpićsikać".
Następnie przeszliśmy do zwiedzania. My udaliśmy się w kierunku Kaplicy Św. Anny i wieży widokowej, dziecko zaś w kierunku knajpy na wursta i colę. Po trwających kilka minut twardych negocjacjach udało się nam naprowadzić syna na właściwą drogę. Galopem pokonał kręte i ciemne korytarze, zwiedził kaplicę po czym udał się na wieżę pokonując (nadal galopem) kilkadziesiąt pieruńsko stromych i wyszczerbionych drewnianych schodów. W podobnym tempie obejżał panoramę Grazu, majaczące na horyzoncie Alpy, wielobarwne jesienne lasy i zszedł na dół baszty. Ja za nim. Zeszłam, trochę na zawał, trochę na łeb na szyję.
Zamek od naszej ostatniej wizyty nie zmienił się prawie nic. Gdybyśmy nie wiedzieli, że obiekt ma właściciela to pomyślelibyśmy, że to bezpańska ruina. Trawa i krzaki zarastają dziedzińce, bluszcz niszczy elewacje, w zeszłym roku ktoś ukradł z niezabezpieczonej kaplicy krucyfiks. Jedynie ludzie prowadzący wyszynk jakoś dbają o swój kawałek baszty i muru zamkowego.
Generalnie zamek miał pecha do właścicieli. W całej swojej blisko tysiącletniej historii albo panowie na włościach nie mieli na niego pomysłu albo mieli pomysł ale czasu zabrakło bo się im zmarło. W XVI wieku z ważnej warowni broniącej granic Styrii przed Turkami i Węgrami zamek przekształcono w składnicę prochu (po pożarze Na Wzgórzu Zamkowym 1680 roku stwierdzono, że warto wybuchowe materiały wynieść poza mury masta). Potem było już tylko gorzej - zamczyska stały się "demode" więc arystokracja wyniosła się do pałaców. 10 lipca 1723 roku dopełnił się los średniowiecznej warowni - błyskawica trafiła w basztę prochową a siła eksplozji i pożar zmiotły ze szczytu wzgórza prawie cały zamek (ocalała jedynie Kaplica Św. Anny i donżon). Ostatni mieszkańcy opuścili Burg Goesting w 1790 roku i przenieśli się do rokokowego pałacu u podnóża wzgórza. Obrucony w ruinę zamek dewastowali kolejno poszukiwacze skarbów , siły natury oraz inżynierowie i architekci rozbudowujący w linię kolejową biegnącą doliną Mury. Do 1874 roku rozsypało się to co pozostało jeszcze z warowni.
Duch romantyzmu z modą na piesze wycieczki, ponure ruiny i malownicze krajobrazy który uratował tyle innych średniowiecznych zamków nie okazał się łaskawy dla Goesting. Aż do 1925 roku projekt odbudowy ruin pozostawał jedynie mżonką, zmieniło się to dzięki grupie zapaleńców z Fundacji Odbudowy Zamku. Wykupili oni na własność działkę z pozostałościami zamku i zabrali się za jego odbudowę. W kwietniu 1945 roku Burg Goesting stał się znów silnie uzbrojoną wartownią obsadzoną tym razem nie przez dzielnych rycerzy w lśniących zbrojach lecz przez Volkssturm. Miesiąc później Armia Czerwona zdobyła zamek a wybuch amunicji ponownie go zmiótł z powieszchni ziemi.
Patrząc na historię warowni to cud, że cokolwiek dziś jest do zwiedzania. A w piękne, słoneczne weekendy na Wzgórze Św. Anny i zamek Goesting płynie nieprzerwany strumień zwiedzających: emerytów, zakochanych, rodziców, przyjaciół, narzeczonych, znajomych.
2013/10/03
projekt365: koniec i początek (264 - 278)
Skończyliśmy remont.
Tak na 99 procent. Nowa szafka w kuchni ustawiona na swoim miejscu zgodnie z planami i renderem, stół przesunięty. Jedyna rzecz która nam została do zrobienia to wymiana lampy. To jest ten nieszczęsny 1 procent którego brak do szczęścia i ostatecznego triumfu nad materią mieszkaniową.
Zaczęła się jesień. Ta kalendarzowa, pogodowa i ta zwyczajowa. Styryjskie dożynki zaliczone, dzikie wino poczerwieniało a kasztanowce bombardują przechodniów. Czekamy na pierwsze przymrozki.
Co mnie niezmiernie dziwi jak co roku zaczęła się także przedświąteczna gorączka wystawowo-zakupowa. Dokładnie od 1go października mamy już pierwsze witryny zdobne w choinkowe wieńce i kolorowe bombki. Nie ogarniam...
Tak na 99 procent. Nowa szafka w kuchni ustawiona na swoim miejscu zgodnie z planami i renderem, stół przesunięty. Jedyna rzecz która nam została do zrobienia to wymiana lampy. To jest ten nieszczęsny 1 procent którego brak do szczęścia i ostatecznego triumfu nad materią mieszkaniową.
Zaczęła się jesień. Ta kalendarzowa, pogodowa i ta zwyczajowa. Styryjskie dożynki zaliczone, dzikie wino poczerwieniało a kasztanowce bombardują przechodniów. Czekamy na pierwsze przymrozki.
Co mnie niezmiernie dziwi jak co roku zaczęła się także przedświąteczna gorączka wystawowo-zakupowa. Dokładnie od 1go października mamy już pierwsze witryny zdobne w choinkowe wieńce i kolorowe bombki. Nie ogarniam...
2013/09/03
projekt365: remont czyli REMAMENT! (227 - 245ty dzień)
Aby się nam do końca nie poprzewracało w głowie od tych wakacji to zafundowaliśmy sobie remoncik mieszkanka czyli niespodziane czarne dziury w ścianach, rozbryzgi farby, wyższą szkołę jazdy na miotle oraz motanie mumii za pomocą tąśmy maskującej. Wszystkie te atrakcje okraszone zostały jeszcze odcięciem od netu a wiadomo, że w dzisiejszym świecie bez internetu jak bez ręki, nogi i przynajmniej jednego płuca czyli kalectwo, płacz, łzy i zgrzytanie zębami.
Szczęśliwie ten najczarniejszy okres mamy już za sobą, router stoi, kable rozprowadzone, firanki wiszą czyli jest domowo i swojsko.
Została nam "jedynie" kuchnia (i balkon)...
Najważniejszą zmianą wynikającą z remontowego armagedonu jest skupienie wszelkich dziecięcych książek, gier i zabawek w jednym miejscu czyli utworzenie Wyłącznie Tomczanego Kąta w mieszkaniu:
Szczęśliwie ten najczarniejszy okres mamy już za sobą, router stoi, kable rozprowadzone, firanki wiszą czyli jest domowo i swojsko.
Została nam "jedynie" kuchnia (i balkon)...
Najważniejszą zmianą wynikającą z remontowego armagedonu jest skupienie wszelkich dziecięcych książek, gier i zabawek w jednym miejscu czyli utworzenie Wyłącznie Tomczanego Kąta w mieszkaniu:
2013/06/20
projekt365: piknik! (dzień 170ty)
Wyczekany, wyśniony, wymarudzony piknik mamy już za sobą. Tomasz od tygodnia nie mógł się doczekać kiedy pójdzie na coroczny przedszkolny "Sommerfest"(tu pisałam o zeszłorocznym). I pogra w różne gry, i zje loda, pobawi się z kolegami a co najważniejsze zje piknikowe frykasy. Te owoce, kiełbaski i kawałki ciasta wyjmowane z plastikowych pudełek, kolorowy koc na trawie, miejsce w cieniu starych owocowych drzew, to całe misterium pikniku przemawia do niego najsilniej.
Tematem przewodnim tegorocznego pikniku była sztuka. Dzieci paradowały we własnoręcznie pomalowanych koszulkach, prezentowały swoje obrazki (można było je licytować) i instalacje w surowców wtórnych. Był rodzinny konkurs którego zadaniem było poszukiwanie i oznaczanie na mapie malowanych skarbów rozsianych na terenie całego przedszkola. Były wyścigi w workach, bieg z taczką, tor przeszkód. Były słodkości i wiele, wiele śmiechu! Tomasz chętnie zaliczył wszystkie konkurencje pamiętając aby po każdej z nich "zawinąć" do bazy z kraciastego koca pod śliwą.
Jeszcze tylko 2 tygodnie przedszkola i wakacje.
Tematem przewodnim tegorocznego pikniku była sztuka. Dzieci paradowały we własnoręcznie pomalowanych koszulkach, prezentowały swoje obrazki (można było je licytować) i instalacje w surowców wtórnych. Był rodzinny konkurs którego zadaniem było poszukiwanie i oznaczanie na mapie malowanych skarbów rozsianych na terenie całego przedszkola. Były wyścigi w workach, bieg z taczką, tor przeszkód. Były słodkości i wiele, wiele śmiechu! Tomasz chętnie zaliczył wszystkie konkurencje pamiętając aby po każdej z nich "zawinąć" do bazy z kraciastego koca pod śliwą.
Jeszcze tylko 2 tygodnie przedszkola i wakacje.
2013/06/17
projekt365: 166 + 167
A u nas jest tak:
Lato przyszło wczoraj. Się pośpieszyło troszeczkę ale w sumie nieszkodzi... W związku z temperaturami powietrza leżę sobie (smażonym) plackiem i mi się absolutnie nic nie chce! Dlatego na blogu błogi przestój.
Lato przyszło wczoraj. Się pośpieszyło troszeczkę ale w sumie nieszkodzi... W związku z temperaturami powietrza leżę sobie (smażonym) plackiem i mi się absolutnie nic nie chce! Dlatego na blogu błogi przestój.
2013/06/03
projekt365: 152 + 153
Graz to miasto - ogród i to wcale nie dlatego, że ktoś z góry zaplanował jakieś kwietne skwery w środku miasta (choć jest ich kilka) ale dlatego, że sami mieszkańcy gdzie tylko mogą sadzą kwiaty i krzewy aby choć trochę ożywić betonowo-asfaltową okolicę.
Wędrując ulicami szczelnie obmurowanymi eklektycznymi kamienicami nie sposób nie zauważyć malusieńkich ogródków wciśniętych między chodnik a fasadę, ogródków otoczonych kutymi balustradami lub żywopłotami. O tej porze roku w ogródkach królują róże we wszelkich możliwych kolorach, kształtach, odmianach - pnące i te szczepione na smukłych pniach owocowych drzewek, drobnokwiatowe i takie o wielkich, pojedynczych kwiatach, pachnące i te które "tylko" zachwycają swoim wyglądem. Wiele krzewów gdy kwitnie zlewa się prawie z fasadą budynku gdyż graceńczycy często starannie dobierają do siebie kolor kwiatów i elewacji. Cóż... porządek musi być :)
Kwiatowy festiwal w mieście zaczyna się już wiosną: pierwsze występują krokusy i przebiśniegi, później przychodzi czas na magnolie i krzewy pigwy, potem są tulipany, irysy i narcyzy. W maju mają się bzy białe i fioletowe, czarny bez, jaśmin i piwonie. Ale zdecydowanie najdłużej podziwiać można róże, niektóre odmiany tak sobie chwalą graceński klimat, że kwitną jak oszalałe aż do jesieni. Dzięki nim miasto gorącą (no dobra, w tym roku nie...) wiosną i latem wydaje się mniej przypominać wielką, asfaltową patelnię.
Z obfitości kwiatów cieszą się też napewno pszczoły których w Grazu jest zaskakująco dużo. Pasieki można spotkać nawet w środku miasta, jak by nie było dość sporego, bo 300 tysięcznego.
Wędrując ulicami szczelnie obmurowanymi eklektycznymi kamienicami nie sposób nie zauważyć malusieńkich ogródków wciśniętych między chodnik a fasadę, ogródków otoczonych kutymi balustradami lub żywopłotami. O tej porze roku w ogródkach królują róże we wszelkich możliwych kolorach, kształtach, odmianach - pnące i te szczepione na smukłych pniach owocowych drzewek, drobnokwiatowe i takie o wielkich, pojedynczych kwiatach, pachnące i te które "tylko" zachwycają swoim wyglądem. Wiele krzewów gdy kwitnie zlewa się prawie z fasadą budynku gdyż graceńczycy często starannie dobierają do siebie kolor kwiatów i elewacji. Cóż... porządek musi być :)
Kwiatowy festiwal w mieście zaczyna się już wiosną: pierwsze występują krokusy i przebiśniegi, później przychodzi czas na magnolie i krzewy pigwy, potem są tulipany, irysy i narcyzy. W maju mają się bzy białe i fioletowe, czarny bez, jaśmin i piwonie. Ale zdecydowanie najdłużej podziwiać można róże, niektóre odmiany tak sobie chwalą graceński klimat, że kwitną jak oszalałe aż do jesieni. Dzięki nim miasto gorącą (no dobra, w tym roku nie...) wiosną i latem wydaje się mniej przypominać wielką, asfaltową patelnię.
Z obfitości kwiatów cieszą się też napewno pszczoły których w Grazu jest zaskakująco dużo. Pasieki można spotkać nawet w środku miasta, jak by nie było dość sporego, bo 300 tysięcznego.
![]() |
| ślimaczek na plaży i pierwsze grzyby w tym roku |
2013/05/26
projekt365: dzień 145ty mi odleciał...
Cała ta (miniona już) niedziela była odlotowa. Wiał porywisty wiatr a to tu w Grazu naprawdę ewenement pogodowy. No i nas wywiało z domu.
Po drodze spotkaliśmy chorego ptaszka, biedak wyglądał na całkowicie zrezygnowanego, nie bał się, nie uciekał. Tomek się oczywiście bardzo przejął, zaraz chciał pomagać kosowi, dawać mu lekarstwa i zabierać go do doktora.
Gdy "dolecieliśmy" już na plac zabaw obowiązkowo zaliczyliśmy: drabinki (mały strażak musi potrafić chodzić po drabinach!) oraz zjeżdzalnię. Niestety "okropni rodzice" udaremnili synowi próbę skoku do fontanny i kąpieli pod pompą. Z braku ekscytujących zajęć w wodzie dziecko się zainteresowało karuzelą która przypomina swą konstrukcją meksykańskie "Voladores" (do tej pory nieufnie patrzył na dziwaczny słup i wirujące wokół niego dzieciaki). Borze zielony! Nie mogliśmy go później z tej karuzeli nijak ściągnąć!
Do domu zwabił naszego "wróbelka" dopiero obiad z deserem... Cóż, droga do serca naszego dziecka napewno biegnie przez żołądek ;)
![]() |
| klientów wywiał zimny wiatr, nawet kotu chyba nie ciepło... |
![]() |
| apollo nie marudzi... |
Gdy "dolecieliśmy" już na plac zabaw obowiązkowo zaliczyliśmy: drabinki (mały strażak musi potrafić chodzić po drabinach!) oraz zjeżdzalnię. Niestety "okropni rodzice" udaremnili synowi próbę skoku do fontanny i kąpieli pod pompą. Z braku ekscytujących zajęć w wodzie dziecko się zainteresowało karuzelą która przypomina swą konstrukcją meksykańskie "Voladores" (do tej pory nieufnie patrzył na dziwaczny słup i wirujące wokół niego dzieciaki). Borze zielony! Nie mogliśmy go później z tej karuzeli nijak ściągnąć!
![]() |
| odlot! aż do samych chmur! |
Do domu zwabił naszego "wróbelka" dopiero obiad z deserem... Cóż, droga do serca naszego dziecka napewno biegnie przez żołądek ;)
2013/05/22
projekt365: duża dziura czyli miesiąc na minusie
Tadam!!!
Minął miesiąc od poprzedniego wpisu ale nie, ja się przez ten miesiąc absolutnie nie leniłam choć na blogu brak oznak życia. Była zajęta jak cholera walką z samą sobą, bo zdecydowałam się po raz enty w tym roku ulec infekcji. Nawet 3em pod rząd w przeciągu miesiąca.
Walkę wygrałam (tfu, tfu przez lewe ramię aby nie zapeszyć) i mogę się znów cieszyć wiosną, ciepełkiem oraz pozycją wertykalną. W związku z tym poszliśmy wczoraj na spacer do parku uzbrojeni w freezbe, bańki mydlane, samolocik i wodę mineralną.
Minął miesiąc od poprzedniego wpisu ale nie, ja się przez ten miesiąc absolutnie nie leniłam choć na blogu brak oznak życia. Była zajęta jak cholera walką z samą sobą, bo zdecydowałam się po raz enty w tym roku ulec infekcji. Nawet 3em pod rząd w przeciągu miesiąca.
Walkę wygrałam (tfu, tfu przez lewe ramię aby nie zapeszyć) i mogę się znów cieszyć wiosną, ciepełkiem oraz pozycją wertykalną. W związku z tym poszliśmy wczoraj na spacer do parku uzbrojeni w freezbe, bańki mydlane, samolocik i wodę mineralną.
2013/04/14
2013/04/08
projekt365: 98
![]() |
| zdjęcie pochodzi ze strony sklepu |
Nabyłam drogą kupna. Mam ostatnio bzika na punkcie niebieskiej zastawy i stopniowo uzupelniam nią klasyczny biały komplecik z Ikei.
2013/04/07
projekt365: 97my dzień
W poszukiwaniu Panny W. udaliśmy się w miasto. Znalazła się! Trochę jeszcze zapyziała ale już jest! Nawet sypnęła kwiatkami to tu to tam...
2013/04/04
2013/04/03
projekt365: 87 - 93
Święta, Święta i po Świętach...
Plan wyjazdu nie zmienił się praktycznie od 5 lat: najpierw zaliczamy ambasadę celem wyrobienia paszportu dziecku, później "mkniemy" przez Czechy do rodziny A. i po 5 dniach wracamy do domu.
W tym roku było trochę nowości:)
Udalo się prawdopodobnie wyrobić Tomkowi paszport 5-letni co oznacza, że Wiedeń i jego niewyobrażalne korki będziemy omijać czerokim łukiem autostrady A2 przez kolejne kilka lat. Jupi! W konsulacie trzeba było zostawić odciski 2 małych paluszków co wiązało się z dźwiganiem słodkich 16 kg na wysokość metra nad ziemią ale dość szybko i sprawnie Młody człowiek spełnił swój obywatelski obowiązek i mogliśmy ruszać w dalszą drogę.
Zainwestowaliśmy w nową nawigację i uzbrojeni w nową mapę przemkneliśmy przez Stolycę omijając zgrabnie okołolunchowe korki. Urządzonko pokazało nam błyskawiczny ( 4 skrzyżowania, 15 min. w korku i wyjazd nowym tunelem) skrót na autostradę i pojechaliśmy dalej.
Dalej jak zwykle czyli trasa pd. - pn. przez Czechy w tempie 40 km/h, od wiochy do wiochy, od radaru do radaru.
Na Dolny Śląsk dojechaliśmy tuż przed nadciągającą śnieżycą. Na miejscu przez całe święta towarzyszyły nam mniejsze lub większe opady śniegu. Mieliśmy więc zdecydowanie Sypany Poniedziałek tego roku. Niestety w związku z typowo zimową aurą były i inne zimowe atrakcje czyli śliskie i nie posprzątane chodniki. No i niestety Mama A. się na takim chodniku przewróciła tak nieszczęśliwie, że złamała rękę i zwichnęła bark :( Najedliśmy się niemało strachu, bo bark trzeba bylo nastawiać pod narkozą a w Mamy wieku to trochę już ryzykowne. Na szczęście wszystko skończyło się szczęśliwie (jeśli można tak powiedzieć w tej sytuacji) i po 6 godzinach Mama była już w domu, wypoczywała i nie uskarżała się zbytnio na ból i ciężki gips w który ją zapakowano.
W zaistniałej sytuacji ciężar kucharzenia wzięliśmy więc na siebie i w trójkę (Gosia - Siostra A., A. i ja) okupowaliśmy kuchnię. Gosia upiekła przepyszne ciasta i mięsa - palce lizać! Na świątecznym stole w tym roku królował schab ze śliwkami jej autorstwa deklasując nawet pisanki. Jak pamiętam Wielkanoc w domu A. to pierwszy raz zdażyło się, że zjedzono mniej niż 30 jajek :)
We wtorek niestety musieliśmy się już zbierać do domu. Zapakowaliśmy więc trochę prawdziwych, domowych, polskich kiszonych ogórków robionych przez Tatę A., trochę typowo krajowych przetworów, pomachaliśmy na do widzenia i wyjechaliśmy.
Przez całe Czechy mieliśmy piękne widoki godne przedwiośnia, koszmar zaczął się tuż za Wiedniem. Drobny deszcz ze śniegiem zmienił się w opady śniegu a później w regularną zadymkę. Przez góry i kotliny pełzneliśmy z prędkością 50 km/h, błogosławiąc w myślach każde stado piaskarek które nas mijało. Graz przywitał nas... deszczem i plusową temperaturą (+4oC ale zawsze).
Dziś mieliśmy już regularną wiosnę, 10 stopni w plusie i śnieg widoczny jedynie na horyzoncie.
W związku z informacjami pogodowymi które docierają do Nas z PL ślę wszystkim wirtualną paczkę ciepła i bezśnieżnej pogody.
Plan wyjazdu nie zmienił się praktycznie od 5 lat: najpierw zaliczamy ambasadę celem wyrobienia paszportu dziecku, później "mkniemy" przez Czechy do rodziny A. i po 5 dniach wracamy do domu.
W tym roku było trochę nowości:)
Udalo się prawdopodobnie wyrobić Tomkowi paszport 5-letni co oznacza, że Wiedeń i jego niewyobrażalne korki będziemy omijać czerokim łukiem autostrady A2 przez kolejne kilka lat. Jupi! W konsulacie trzeba było zostawić odciski 2 małych paluszków co wiązało się z dźwiganiem słodkich 16 kg na wysokość metra nad ziemią ale dość szybko i sprawnie Młody człowiek spełnił swój obywatelski obowiązek i mogliśmy ruszać w dalszą drogę.
Zainwestowaliśmy w nową nawigację i uzbrojeni w nową mapę przemkneliśmy przez Stolycę omijając zgrabnie okołolunchowe korki. Urządzonko pokazało nam błyskawiczny ( 4 skrzyżowania, 15 min. w korku i wyjazd nowym tunelem) skrót na autostradę i pojechaliśmy dalej.
Dalej jak zwykle czyli trasa pd. - pn. przez Czechy w tempie 40 km/h, od wiochy do wiochy, od radaru do radaru.
Na Dolny Śląsk dojechaliśmy tuż przed nadciągającą śnieżycą. Na miejscu przez całe święta towarzyszyły nam mniejsze lub większe opady śniegu. Mieliśmy więc zdecydowanie Sypany Poniedziałek tego roku. Niestety w związku z typowo zimową aurą były i inne zimowe atrakcje czyli śliskie i nie posprzątane chodniki. No i niestety Mama A. się na takim chodniku przewróciła tak nieszczęśliwie, że złamała rękę i zwichnęła bark :( Najedliśmy się niemało strachu, bo bark trzeba bylo nastawiać pod narkozą a w Mamy wieku to trochę już ryzykowne. Na szczęście wszystko skończyło się szczęśliwie (jeśli można tak powiedzieć w tej sytuacji) i po 6 godzinach Mama była już w domu, wypoczywała i nie uskarżała się zbytnio na ból i ciężki gips w który ją zapakowano.
W zaistniałej sytuacji ciężar kucharzenia wzięliśmy więc na siebie i w trójkę (Gosia - Siostra A., A. i ja) okupowaliśmy kuchnię. Gosia upiekła przepyszne ciasta i mięsa - palce lizać! Na świątecznym stole w tym roku królował schab ze śliwkami jej autorstwa deklasując nawet pisanki. Jak pamiętam Wielkanoc w domu A. to pierwszy raz zdażyło się, że zjedzono mniej niż 30 jajek :)
We wtorek niestety musieliśmy się już zbierać do domu. Zapakowaliśmy więc trochę prawdziwych, domowych, polskich kiszonych ogórków robionych przez Tatę A., trochę typowo krajowych przetworów, pomachaliśmy na do widzenia i wyjechaliśmy.
Przez całe Czechy mieliśmy piękne widoki godne przedwiośnia, koszmar zaczął się tuż za Wiedniem. Drobny deszcz ze śniegiem zmienił się w opady śniegu a później w regularną zadymkę. Przez góry i kotliny pełzneliśmy z prędkością 50 km/h, błogosławiąc w myślach każde stado piaskarek które nas mijało. Graz przywitał nas... deszczem i plusową temperaturą (+4oC ale zawsze).
Dziś mieliśmy już regularną wiosnę, 10 stopni w plusie i śnieg widoczny jedynie na horyzoncie.
W związku z informacjami pogodowymi które docierają do Nas z PL ślę wszystkim wirtualną paczkę ciepła i bezśnieżnej pogody.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







































