Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Austria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Austria. Pokaż wszystkie posty

2014/06/12

koniec pewnej epoki


Jakie to szczęście, że lubię piec, bo bym chyba oszalała przez te ostatnie 3 lata przedszkolnego żywota naszego. W naszym przedszkolu bowiem każda impreza wiąże się z przymusowym pospolitym ruszeniem rodziców - pojawia się lista na której nieszczęśnicy muszą zadeklarować rodzaj daniny składanej na wspólnym biesiadnym stole. Zazwyczaj są to ciasta choć można zrobić także 1000 i 1 kanapek. Wiaderka sałatek dostarczają wychowawczynie grup przedszkolnych - ich także nie obejmuje taryfa ulgowa.
Dekoracjami oraz częścią artystyczną zajmują się dziatki (pilnie tresowane przez Panie w tańcu, śpiewie i robótkach ręcznych grubo na miesiąc przed imprezą).

Coś się kończy, coś zaczyna. Od września Młody pójdzie do szkoły jak wszystkie 6latki w Austrii. Koniec dolce vita przedszkolnego żywota.
Mam choć nadzieję, że imprezy szkolne nie będą wymagały takiej aktywności cukierniczej jak dotychczas.

2014/04/16

Der Osterhase



Zajączek atakuje z każdej strony więc musi być i tu na blogu. To sympatyczne zwierzątko według panującej w Austrii tradycyji obdarowuje dzieci słodkościami, głównie czekoladowymi lub cukrowymi jajkami ale też drobnymi zabawkami. Zrozumiałym jest więc, że w okresie okołowielkanocnym wśród dzieci Zajączek to absolutny superbohater, adresat westchnień pod witrynami sklepowymi oraz listów o treści "Chciałbym dostać...". Prezentów Zając nie dostarcza jednak do rąk własnych, "dziateczki" muszą się trochę wysilić i w wielkanocny poranek podarunków poszukać same w domu i zagrodzie.

U nas w domu Osterhase to także nieoficjalna ksywka synka od kiedy to zdecydował się rozpocząć życie po "tej stronie" mojego brzucha.

2013/12/05

projekt365: Gruss vom Krampus!

Pozdrowienia od Krampusa! 
Dziś jest ich wieczór, powinny paradować środkiem głównej ulicy w mieście a potem rozleżć się po domach w poszukiwaniu niegrzecznych dzieci dużych i małych aby solidnie im wygarbować skórę i obdarować rózgą lub bryłą węgla.
źródło

Krampus jaki jest każdy widzi, choć na pierwszy rzut oka możnaby go w diabłem pomylić. Nie, to poczciwy alpejski demon, znany w Bawarii, Tyrolu, Austrii, Czechach, Słowenii, Chorwacji, włoskiej Fruli i na Węgrzech czyli wszędzie tam gdzie są Alpy lub sęgała kiedyś zwieszchność Austro-Węgier.
Krampusy występuja w kolorach brązowym, czarnym lub szarym podobnie jak kozły z którymi są daleko spokrewnione, futro mają długie, gęste i potargane. Na łbach noszą imponujące rogi, czasem sterczące prosto a czasem fantazyjnie zakręcone, przypominające rogi górskich kozic.
Nieodłącznymi atrybutami Krampusa są łańcuch, powrozy lub rózgi do smagania niegrzecznych dzieci i kosz na węgiel (gdy dziecko jest naprawdę niegrzeczne, Krampus wsadza je sobie do tego kosza i zabiera ze sobą by je zjeść lub odtranspotrować do piekła).
W niektórych rejonach Krampusy się "wyemancypowały" i nie chodzą już grzecznie za Św. Mikołajem lecz organizują własne przemarsze zwane Krampusnacht odbywające się zawsze w wieczór 5go grudnia.

A kto dziś przyjdzie do Ciebie? Krampus z rózgą czy Święty Mikołaj ze smakołykiem?

2013/11/29

projekt365: magiczna mikstura na zimę czyli punsch

Zbliża się początek Adwentu, tydzień temu ruszył jarmark na graceńskiej starówce a w biurze u mojego męża jak co roku odbyła się przedświąteczna impreza charytatywna której nieodłącznym elementem jest "Karin Punsch".

Punsch to nic innego niż nasz swojski poncz: mieszanina soku owocowego, alkoholu (wody w wersji dla dzieci), herbaty, cukru i przypraw korzennych. Jak sama nazwa napitku mówi składników powinno być pięć bowiem nazwa punch to nic innego niż zangilszczone "panch" oznaczające cyfrę "5" w hindi.
Napój ten najlepszej opinii nie ma, w swej klasycznej formie jest zdradliwy, pod smakiem soczku kryje się dość duża ilość alkoholu a działanie odurzające odczuwalne jest szczególnie gdy pijemy podgrzany ponch w mroźny grudniowy wieczór na mieście. Jeden kubek i świat staje się baaardzo kolorowy i humor poprawia się nam od razu a miłe ciepło rozchodzi się po całym ciele. Kubeczek ponczu to nieodłączny element Adventmarkt czyli jarmarku adwentowego.
 

Przygotowanie ponczu przypomina bardziej warzenie czarodziejskiego eliksiru niż imprezowego mózgotrzepa: w garnku coś się pieni, pływają patyki, nasiona i cały czas trzeba płyn mieszać. No i opary potrafią nieźle odurzyć ;) Przednia zabawa!


Karin Punsch (przepis od kolegi)

12 pomarańczy
8 cytryn (daliśmy 5, bo dolewamy dość kwaśne wino)
1 kg cukru brązowego
1/2 litra wody
3 goździki
2 laseczki cynamonowej kory
2 opakowania gluehfix-u
3 nasionka kardamonu
2 łyżki stołowe esencji waniliowej
opcjonalnie 1/2 litra wina półwytrawnego czerwonego

1/2 litra rumu (u nas Stroh, lokalny austriacki produkt z Karyntii)

Z owoców wycisnąć sok. Przelać do dużego garnka, dodać wodę, cukier, przyprawy* i esencję waniliową. Zamieszać, zagotować, zmniejszyć ogień na minimalny. Gotować dalej przez 2 godziny mieszająć aby cukier się nie przypalił. Po 2 godzinach dodać pół litra wina, dobrze wymieszać i gotować następną godzinę do uzyskania dość gęstego syropu. Lekko przestudzić, przelać przez sito do drugiego garnka, wlać rum, wymieszać. Przelać do sterylnej butelki.

* przyprawy można umieścić w lnianym woreczku lub torebce do parzenia herbaty. Nie będzie trzeba później przecedzać ponczu przez sito aby pozbyć się przypraw, wystarczy wyjąć torebkę cedzakiem.


2013/10/29

projekt365: szlajamy się (285 - 304)

Szybko, szybko zanim zniknie... łapiemy promyki słońca, szpileczki ciepła i staramy się aby jak najwięcej czasu spędzić w plenerze. Już dawno się tak nie "wywczasowaliśmy" jak w ostatnim czasie. Dwa weekendy z rzędu poza domem, no sukces jak cholera...

Dwa tygodnie temu "zaatakowaliśmy" lokalny "ośmiotysięcznik" czyli Annaberg, około 700-metrowe wzgórze na pn. Grazu. Celem głównym był znajdujący się na jego czubku zamek a właściwie ruiny zamku Goesting. Trasa na szczyt wiodła krętą, stromą ścieżką wśród wielobarwnych  o tej porze roku buków, klonów i dzikich wiśni. Uzbrojeni w trekki i wałówkę ruszyliśmy w drogę, obawiając się trochę jak Tomek poradzi sobie ze szlakiem który musiał pokonać od początku do końca na własnych nogach. Dzwiganie 21 kg kloca nie wchodziło w grę...
Ha, ha, ha, święta naiwnośći!!! Nie dość, że dziecko pierwsze osiągnęło szczyt to jeszcze dokonało tego wylewając z siebie nieustanny potok słów bez śladu zadyszki. Młodość jest piękna... ech. Zamek został powitany chórem achów i ochów po czym nastąpił program obowiązkowy czyli: "jeśćpićsikać".



Następnie przeszliśmy do zwiedzania. My udaliśmy się w kierunku Kaplicy Św. Anny i wieży widokowej, dziecko zaś w kierunku knajpy na wursta i colę. Po trwających kilka minut twardych negocjacjach udało się nam naprowadzić syna na właściwą drogę. Galopem pokonał kręte i ciemne korytarze, zwiedził kaplicę po czym udał się na wieżę pokonując (nadal galopem) kilkadziesiąt pieruńsko stromych i wyszczerbionych drewnianych schodów. W podobnym tempie obejżał panoramę Grazu, majaczące na horyzoncie Alpy, wielobarwne jesienne lasy i zszedł na dół baszty. Ja za nim. Zeszłam, trochę na zawał, trochę na łeb na szyję.



Zamek od naszej ostatniej wizyty nie zmienił się prawie nic. Gdybyśmy nie wiedzieli, że obiekt ma właściciela to pomyślelibyśmy, że to bezpańska ruina. Trawa i krzaki zarastają dziedzińce, bluszcz niszczy elewacje, w zeszłym roku ktoś ukradł z niezabezpieczonej kaplicy krucyfiks. Jedynie ludzie prowadzący wyszynk jakoś dbają o swój kawałek baszty i muru zamkowego.

Generalnie zamek miał pecha do właścicieli. W całej swojej blisko tysiącletniej historii albo panowie na włościach nie mieli na niego pomysłu albo mieli pomysł ale czasu zabrakło bo się im zmarło. W XVI wieku z ważnej warowni broniącej granic Styrii przed Turkami i Węgrami zamek przekształcono w składnicę prochu (po pożarze Na Wzgórzu Zamkowym 1680 roku stwierdzono, że warto wybuchowe materiały wynieść poza mury masta). Potem było już tylko gorzej - zamczyska stały się "demode" więc arystokracja wyniosła się do pałaców. 10 lipca 1723 roku dopełnił się los średniowiecznej warowni - błyskawica trafiła w basztę prochową a siła eksplozji i pożar zmiotły ze szczytu wzgórza prawie cały zamek (ocalała jedynie Kaplica Św. Anny i donżon). Ostatni mieszkańcy opuścili Burg Goesting w 1790 roku i przenieśli się do rokokowego pałacu u podnóża wzgórza. Obrucony w ruinę zamek dewastowali kolejno poszukiwacze skarbów , siły natury oraz inżynierowie i architekci rozbudowujący w linię kolejową biegnącą doliną Mury. Do 1874 roku rozsypało się to co pozostało jeszcze z warowni.
Duch romantyzmu z modą na piesze wycieczki, ponure ruiny i malownicze krajobrazy który uratował tyle innych średniowiecznych zamków nie okazał się łaskawy dla Goesting. Aż do 1925 roku projekt odbudowy ruin pozostawał jedynie mżonką, zmieniło się to dzięki grupie zapaleńców z Fundacji Odbudowy Zamku. Wykupili oni na własność działkę z pozostałościami zamku i zabrali się za jego odbudowę. W kwietniu 1945 roku Burg Goesting stał się znów silnie uzbrojoną wartownią obsadzoną tym razem nie przez dzielnych rycerzy w lśniących zbrojach lecz przez Volkssturm. Miesiąc później Armia Czerwona zdobyła zamek a wybuch amunicji ponownie go zmiótł z powieszchni ziemi.
Patrząc na historię warowni to cud, że cokolwiek dziś jest do zwiedzania. A w piękne, słoneczne weekendy na Wzgórze Św. Anny i zamek Goesting płynie nieprzerwany strumień zwiedzających: emerytów, zakochanych, rodziców, przyjaciół, narzeczonych, znajomych.

2013/10/07

projekt365: szaro-buro i smarkato (279-282)

Za oknem mgła, mżawka, świata nie widać zza burej zasłony... Szara jesień. Sezon przeziębień czas zacząć.
Aby osłodzić sobie życie wybraliśmy się do fabryki czekolady. O tym, że dotarliśmy na miejsce poinformował nas zapach - ciężki, ciepły, kakaowy aromat wymieszany z mgłą wiszącą nas senną wiejską kotlinką. Młody trzymany przez całą drogę w niepewności co do celu podróży nie mógł uwierzyć własnemu nosowi. Czekolada!


W środku niepozornego budyneczku wzdłuż magazynów i linii produkcyjnej wije się ścieżka z milionami rodzajami czekolady, od jej pierwotnej formy ziarna kakaowca, przez 100 procentowe kuwertury i czekolady, po nadziewane batony, pitne czekolady w proszku czy pralinki. Istne cuda w gębie!

Firma robi czekolady słone, słodkie, kwaśne, gorzkie, pikantne... chyba we wszystkich możliwych smakach Świata. Nam najbardziej zasmakowały te ciemne, ze 100 procentową gorzką czekoladą na czele. Co ciekawe ten pyszny smak to zasługa tylko 4 (sic!) składników: masy kakaowej, masła kakaowego, cukru trzcinowego i soli. Producent chwali się, że wszystkie składniki są Eco/Bio i Fair Trade. Nawet opakowania są certyfikowane jako ekologiczne i biodegradowalne.


Mitzi Blue czyli czekoladowe koła, produkt zainspirowany pięknym błękitnym MG kupionym przez właściciela fabryki, autko stoi sobie w szklanej gablocie przy wejsciu :)

Fabryka mieści się w sennym Bergl koło Riegersburg, a trasa wycieczkowa nosi dumną nazwę Schoco-Laden-Theater / Choco Shop Theatre. Obok mieści się także ekorestauracja i ekofarma z której pochodzą produkty używane później w fabryce i restauracji (farma to powiększone stare gospodarstwo rodziców właściciela). Na zgubę wszystkich odwiedzających na terenie manufaktury znajduje się także sklep ;)

2013/06/20

projekt365: piknik! (dzień 170ty)

Wyczekany, wyśniony, wymarudzony piknik mamy już za sobą. Tomasz od tygodnia nie mógł się doczekać kiedy pójdzie na coroczny przedszkolny "Sommerfest"(tu pisałam o zeszłorocznym). I pogra w różne gry, i zje loda, pobawi się z kolegami a co najważniejsze zje piknikowe frykasy. Te owoce, kiełbaski i kawałki ciasta wyjmowane z plastikowych pudełek, kolorowy koc na trawie, miejsce w cieniu starych owocowych drzew, to całe misterium pikniku przemawia do niego najsilniej.


Tematem przewodnim tegorocznego pikniku była sztuka. Dzieci paradowały we własnoręcznie pomalowanych koszulkach, prezentowały swoje obrazki (można było je licytować) i instalacje w surowców wtórnych. Był rodzinny konkurs którego zadaniem było poszukiwanie i oznaczanie na mapie malowanych skarbów rozsianych na terenie całego przedszkola. Były wyścigi w workach, bieg z taczką, tor przeszkód. Były słodkości i wiele, wiele śmiechu! Tomasz chętnie zaliczył wszystkie konkurencje pamiętając aby po każdej z nich "zawinąć" do bazy z kraciastego koca pod śliwą.


Jeszcze tylko 2 tygodnie przedszkola i wakacje.

2013/06/13

projekt365: oswajanie apteki - dzień 163ty

Dziecię było dziś na wycieczce. 
W "naszym" państwowym przedszkolu takich inicjatyw jest całkiem sporo, średnio co kilka tygodni przedszkolaki są zabierane w "szeroki świat".

I tak regularnie na wiosnę i na jesieni dzieciaki są wyprowadzane na pole u rolnika i puszczane (prawie) samopas w zagony warzyw lub owoców. Za 5 czy 8 E wrzucone do puszki mogą nazgarniać do brzucha i koszyka tyle świeżych truskawek lub marchewek ile tylko zdołają. W gratisie jest też przejażdzka traktorem i głaskanie inwentarza.
Dodatkowo przedszkole co roku skupia się na jakimś konkretnym temacie w swoim programie nauczania - obecnie mamy na tapecie "Sztuki Piękne". W związku z tym w maju zorganizowano milusińskim wycieczkę do Eggenbergu, gdzie mogły swobodnie podziwiać barokowy pałac (i przy okazji straszyć pawie) oraz do Bärnbach gdzie zapoznały się "na żywca" z dziełami Hundertwassera (stoi tam kościółek autorstwa tego architekta). Potem oczywiście wylepiały wielobarwne domki z kartonów i rysowały pałace w celu utrwalania wrażeń.

Dziś w programie było dla odmiany zwiedzanie czegoś prozaicznego czyli lokalnej apteki.
Z wycieczki dziecko dumnie przytachało siatkę pełną dobroci wszelakich.
Taaa, klienta to "se" trzeba wychować od najmłodzych lat :)
W środku siaty były: 
krem pielęgnacyjny (różany).
saszetka mixu typu Bobovit
cukierki
gazetka mocno faszerowana reklamami zabawek
herbatka owocowa
certyfikat spożycia owoców i warzyw
naklejka klubowa apteczanego detektywa

Z relacji dziecka wynika, że rzeczywiście świeże warzywa i koktaile robione na miejscu przez panią zostały wypite i zjedzone zesmakiem, w aptecznej "kuchni" można było umieszać krem i skomponować własną owocową herbatę.
Tomasz po powrocie do domu zjadł wszystkie cukierki, wypił "bobovit", skomentował herbatę jako "fujową" ("Tata robi lepszą") oraz kategorycznie odmówił smarowania sobie twarzy czymkolwiek a w szczególności kremem różanym.
Podsumowując: Na wycieczce było fajnie!

2013/05/26

projekt365: dzień 145ty mi odleciał...

Cała ta (miniona już) niedziela była odlotowa. Wiał porywisty wiatr a to tu w Grazu naprawdę ewenement pogodowy. No i nas wywiało z domu.
klientów wywiał zimny wiatr, nawet kotu chyba nie ciepło...
apollo nie marudzi...
Po drodze spotkaliśmy chorego ptaszka, biedak wyglądał na całkowicie zrezygnowanego, nie bał się, nie uciekał. Tomek się oczywiście bardzo przejął, zaraz chciał pomagać kosowi, dawać mu lekarstwa i zabierać go do doktora.
Gdy "dolecieliśmy" już na plac zabaw obowiązkowo zaliczyliśmy: drabinki (mały strażak musi potrafić chodzić po drabinach!) oraz zjeżdzalnię. Niestety "okropni rodzice" udaremnili synowi próbę skoku do fontanny i kąpieli pod pompą. Z braku ekscytujących zajęć w wodzie dziecko się zainteresowało karuzelą która przypomina swą konstrukcją meksykańskie "Voladores" (do tej pory nieufnie patrzył na dziwaczny słup i wirujące wokół niego dzieciaki). Borze zielony! Nie mogliśmy go później z tej karuzeli nijak ściągnąć!
odlot! aż do samych chmur!

Do domu zwabił naszego "wróbelka" dopiero obiad z deserem... Cóż, droga do serca naszego dziecka napewno biegnie przez żołądek ;)

2013/04/07

projekt365: 97my dzień

W poszukiwaniu Panny W. udaliśmy się w miasto. Znalazła się! Trochę jeszcze zapyziała ale już jest! Nawet sypnęła kwiatkami to tu to tam...


2012/12/21

Adwentowe jarmarki w Graz / Adventmärkte in Graz

 W biegu między jednymi sprawunkami a drugimi zdążyłam wpaść na moje ulubione adwentowe jarmarki prawie pod koniec ich trwania. Ma się ten refeks... Mówię o wielu jarmarkach bo w Grazu jest ich 7 czy 8 i różnią się one od siebie znacznie charakterem. Ten na Placu Głównym przed ratuszem (Hauptplatz) jest nostalgiczno-tradycyjny, ten na Tummelplatz'u to folkowe targowisko różności jak z 1000 i jednej nocy. Na Placu Franciszkańskim i Glockenspielplatz'u można się opić punchu do nieprzytomności (punch to inaczej grzaniec z procentami lub bez). Färberplatz gości rzemieślników i artystów. Herrengasse to klasa sama w sobie - reprezentacyjna ulica miasta pyszni się wystawami i nie bawi w jarmarczne klimaty. Do tego dochodzą wszystkie zaułki, uliczki, przejścia i podwórza udekorowane lampkami i wystawowymi oknami. 
Zapraszam Was na spacer po "moim" mieście.

nostalgiczne słodkości i karuzela (Hauptplatz)
)
Heller contra Swarovsky
styryjskie klimaty
filia Sacher'a i raj designera
stoliczku nakryj się! (Herrengasse)
antykwariat i bolesławce na Stempfergasse
światełka tu i tam
jarmark etno na Tummelplatz i Glockenspielplatz w oparach punchu
rozgwieżdzona Herrengasse i Hauptplatz jeszcze raz

2012/12/05

Magiczna Noc

Krampusy dziś wieczorem szaleją po Grazu!
Maszerują w paradzie przez miasto, łażą za Świętym Mikołajem gotowe straszyć a nawet i zdzielić rózgą małe łobuziaki.
Bo dziś jest noc magiczna, noc zliczania dobrych i złych uczynków zapisanych w wielkiej księdze dźwiganej przez Świętego M. Noc w którą skarpety i buty postawione na progach dziecięcych pokoi zapełniają się słodyczami lub pękiem złotych gałązek.

2012/11/06

sezonówka

Listopad - trochę zawieszony między jesienią a zimą, trochę złoty ostatnimi liśćmi klonu, trochę srebrny porannymi przymrozkami.
Na sklepowych półkach wciąż można spotkać gruszki leżące obok świeżutkich buraków. Z plastikowych wiaderek wysypują się marony, w skrzynkach czasem jeszcze jakaś zbłąkaną dynia śpi.
Laternenfest - tak świętowaliśmy w zeszłym roku
Za parę dni Św. Marcina i Laternenfest, święto obfitości obchodzone gdy spichlerze, komory, magazyny zapełniły się jesiennymi plonami. Święto światła i ciepła podczas którego dzieci z kolorowymi latarenkami w dłoniach obchodzą okolicę barwnym pochodem. Dzień zwieńczony kolacją z pieczonej gęsiny, kasztanów jadalnych i modrej kapusty.

W klimacie jesiennym dziś na śniadanie coś lżejszego niż tłusta gęś czyli:
surówka - sezonówka

gruszka + gotowany burak + parę liści sałaty + garść orzechów + ser pleśniowy
dressing (ocet winny, pieprz, sól, oliwa z oliwek, miód/cukier)


Smacznego!

2012/10/29

Śnieg nr.1

Jeszcze go malutko, jeszcze jest nietrwały ale jest! Tak się od razu zrobiło wyjątkowo, świątecznie prawie.


2012/09/27

2012/09/22

Schwarzl-see

Cel weekendowych ucieczek z wiecznie dusznego miasta. Park rozrywki i sportu.
Poza sezonem odkrywa trochę inną twarz.

Surrealistycznie malachitowe wody przywodzące na myśl tropiki, na horyzoncie wieszchołki gór pokryte śniegiem. Spokój. Las. Bryza.
Nad głową sunące bezszelestnie szybowce i zdecydowanie już "szelestniej" rejsowe samoloty. W oddali szumiąca autostrada.
 Obok Skulpturenpark-7 hehtarów wypełnione zielenią i nowoczesną rzeźbą, dyskretnie ukryte za ziemnym wałem.
 Cel to prawdziwe oldmobile i miniaturowe samoloty. Gratka dla facetów małych i dużych. Magiczny czerwony Morgan który wciągał i już nie chciał wypuścić ze swoich czeluści. Bajecznie kolorowe modele samolotów uziemione porywistym wiatrem (tym samym który pędził i przewracał bezlitośne kolorowe żaglówki).

Sprytnie ulokowane na odległych końcach jeziora atrakcje wymuszały spacer wzdłuż cichego wybrzeża.
Puste plaże, rowery wodne przykute łańcuchami do brzegu, cała zjeżdzalnia dla syna. Kurort po sezonie. Słońce grzejące mocno. Ostatnie akordy lata nad błyszczącym jak rybia łuska jeziorem.

2012/07/06

pod morelowym drzewem

Lato się zadomowiło na dobre. Słońce rumieni morele i czereśnie na drzewkach w przedszkolnym ogrodzie. Czas pożegnać się z Wychowawczyniami i Kolegami na długie 2 miesiące-zaczęła się letnia przerwa. We wrześniu nadejdą zmiany... zobaczymy czy na lepsze. Oby.

Tomek ma wakacje.

A ja mam Tomka w domu 24 godziny na dobę.

2012/05/07

Pawi zamek

Schloss Eggenberg tonący w zieleni liści i pawich piór. W powietrzu zapach irysów, bzów i piwonii. Niedzielne popołudnie spędzone z bliskimi. Wiosna. Szczęście.